wtorek, 13 lutego 2018

Proza życia


 Pogoda przestałą nas rozpieszczać.
Dzieciaki zaczęły wczoraj tygodniowe ferie, ale ponieważ leje, to akurat dzisiaj nie mam jazd i mogę chwilę poleniuchować. Rano zaczęło się nawet fajnie, wschód słońca był piękny, a potem wszystko się popsuło. Wypuściłam nasze "maluchy" bez derek i wkrótce tego pożałowałam. Musiałam ściągnąć całe towarzystwo do stajni zwłaszcza, że oko Gringa jest jeszcze nie do końca zagojone. Beriego przy okazji też ściągnęłam gdyż "stary ogr" nie lubi jak jest wietrznie i deszczowo.

A co się stało z okiem Gringa? Trywialna rzecz. Wsadzał ryjek w zarośla, codziennie musieliśmy wyplątywać mu osty z grzywy, aż w końcu wsadził o jeden raz za bardzo i ukłuł się w oko. Dokładniej to zrobił mu się taki mały zastrzał przy dolnej powiece. Nie jest to specjalnie oryginalny czy trudny przypadek, ale wymagał interwencji weterynarza. Dodatkowo jeszcze tego dnia w stajni był dentysta, więc byłam podwójnie zmęczona, ubłocona i sina z zimna.
 Wet przyjechał, obejrzał oko i zostawił kropelki. Potem przyszedł mailem rachunek, który nieźle nas rozbawił. Nie z powodu kwoty - to akurat nigdy nie jest śmieszne. Mianowicie na fakturze było napisane m.in. tyle za kropelki, tyle za kontrast i tyle za UDZIELONĄ PORADĘ, ŻEBY KOŃ WYCHODZIŁ W MASCE NA PADOK. Teraz w stajni wszyscy mają niezłą bekę i jak rano pytam czy ktoś zna dzisiejszą prognozę pogody, to odpowiadają mi, że za 30 funtów + VAT mogą mi udzielić konsultacji na temat derkowania. Przynajmniej jest śmiesznie.

 Śmiesznie jest też przy wyprowadzaniu i sprowadzaniu. Gringo teraz źle widzi na lewe oko, a ja dla odmiany mam od prawie dwóch lat uszkodzony błędnik. Biorę leki łagodzące objawy, ale i tak zdarza się, że się czasem "zatoczę", zwłaszcza przy wietrznej pogodzie. "Zataczam" się zwykle po lewej stronie i Gringo jest nauczony, że jak "pani" straci równowagę i złapie się grzywy, to trzeba opuścić głowę i się zatrzymać, a potem powoli i spokojnie ruszyć. Ogólnie nauczył się przenosić ciężar w taki sposób, żebym mogła się o niego oprzeć. A teraz można się z nas śmiać, że "prowadził ślepy kulawego". Chociaż dzisiaj dla odmiany wspierałam się częściowo na Beanie i całkiem nieźle nam to wychodziło.

 A co do mojego błędnika... jest śmiesznie. Wyobraźcie sobie permanentne połączenie choroby morskiej z kacem i upojeniem alkoholowym jednocześnie (tylko bez radosnej fazy) - tak było na samym początku. Nie wiadomo skąd przyszło, podejrzewali wirusowe zapalenie błędnika, które doprowadziło do uszkodzeń m.in. słuchu. Chciałam być aktywna tak jak kiedyś, jeździłam na rowerze do pracy (glebiłam z tego roweru kilka razy). Szybko po pierwszej diagnozie wróciłam w siodło i glebiłam przy wsiadaniu i zsiadaniu, a podczas jazdy miałam problem z balansem. W takim stanie występowałam podczas pokazu King's Bromley Show. Dawałam radę, ale byłam wtedy na silnych lekach, które dodatkowo działały usypiająco. Wpadałam w stany depresyjne, każdy "atak" zgłaszałam lekarzom i wyłam w gabinecie, żeby mi pomogli. Niestety nie bardzo potrafili, za każdym razem chcieli mnie wysłać na L4. Zwolnienie? A konie? A stajnia? To nie mogło się udać, chociaż i tak musiałam zwolnić tempo. 
 Dopiero od niedawna jestem w trakcie nowej terapii, która powoli zaczyna działać.
 Dlaczego to wszystko piszę? Tak w sumie to zawsze słyszałam o ludziach, którzy po różnych wypadkach, czy operacjach wracają do swoich aktywności. Szanowałam ich, ale w sumie to nie zastanawiałam się głębiej nad tym wszystkim, puki sama nie musiałam przejść przez coś podobnego.
 A teraz czuję, że w sumie to udało mi się oswoić moje problemy...

Pointy nie będzie :)

niedziela, 31 grudnia 2017

Kolejny Nowy Rok

Poranek nastał deszczowy i bardzo wietrzny, mam cichą nadzieję, że nie spełni się to powiedzenie, że jaki Sylwester, taki cały rok. Prognoza pogody nie wygląda obiecująco, ale przynajmniej Nowy Rok przywitamy pod dachem, w domu znajomych.
 Czarek właśnie wrócił od koni z porannego karmienia i stwierdził, że przewiało go na wylot. Ciekawie się zapowiada dzisiejszy trening...

A co się zmieniło podczas ostatniego roku?  Przede wszystkim szkółka jeździecka The Classical Riding Academy działa już rok i to z całkiem konkretnymi sukcesami. Konie Storm i Berry mają swoich dzierżawców, nowa klacz Star oraz szetland Bertie mają być kolejnymi "nauczycielami", Bertie ma uczyć dzieciaki podstaw Natural Horsemanship i pracy z ziemi. Od stycznia mam kolejne dzieci na jazdy, więc rozszerzyłam swoje dostępne godziny pracy. "Moje" obecne dzieciaki porozpoczynały kolejne bloki jazd i robią niesamowite postępy. Siedmioletnią Annę przed świętami po raz pierwszy "spuściłam" z lonży, a czteroletnia Isla przesiadła się w większe siodło, dostała wodze do ręki i trzymam ją już na dłuższej lonży. Dzieci tak szybko rosną...

Pokazy Olivant Equine Displays udały się znakomicie, a na jesieni mogliśmy świętować narodziny nowego członka rodziny Olivant - małego Malacky. Książę Caspian zyskał braciszka i zakładam, że będą kaskaderami tak jak ich tata. Zresztą jeszcze z rok i Caspian przyjdzie do mnie na jazdy, chociaż już nieźle sobie radził na Bertiem.

Beanie ma już 3.5 roku i spędza z nami już drugą zimę. Radzi sobie świetnie i mamy z niej pociechę. Gringo też daje radę i świetnie się opiekuje "swoją klaczą", to znaczy nie gryzą się za często.  

Urodziły nam się kociaki. Kocur Humpfrey mieszka teraz dwa domy dalej u znajomych i ma full obsługę oraz niewolników w pakiecie. Kotka Lucy jest diabłem wcielonym, więc została z nami. Ich matka Fiona przeszła już sterylkę i wróciła do "normalnego" trybu życia.

Oczywiście trafiła się też łyżka dziegciu. Nauczyło nas to jednego - jak komuś będziemy pomagać, to od razu ustalimy granice i nie damy sobie wejść na głowy. Cieszyliśmy się, że dzięki temu blogowi mogliśmy komuś pomóc, ale też potem było nam niemiło gdy osoba, której pomogliśmy, zachowała się dwulicowo i próbowała mącić wśród naszych koniarskich znajomych. W sumie miejscowe towarzystwo jeździeckie szybciej się zorientowało i zareagowało niż my. Jak to się mówi - mądry Polak po szkodzie. Nie żałujemy, ale niesmak pozostał.

 A nasze postanowienia Noworoczne?
 Na pewno więcej treningów - dla nas i dla koni. Więcej spacerów, mniej bezproduktywnego siedzenia (zdarzało się takie lenistwo). Mniej marudzenia, więcej radości.
 I w końcu wziąć ślub :D


A Wam życzymy dużo miłości, radości z życia, przyjaznych ludzi naokoło oraz dużo zdrowia!

                                           Szczęśliwego Nowego Roku!


                                                                             życzą Madzia i Czarek


 

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Zimowe przemyślenia o dziurawych trampkach



 Pierwszy dzień świąt, a dokładniej Christmas Day powitał nas ciepłą, ale nieco wietrzną pogodą. W stajni pusto, wszyscy pewnie siedzą przy choinkach. Ruszyliśmy nasze konie zwłaszcza, że Beanie teraz przez święta postoi sobie w boksie z powodu abces'a, a Gringo razem z nią "dla towarzystwa".
 Wczoraj z lenistwa nie zmieniłam butów do jazdy i zostałam w traperkach i tak mnie wzięło na wspominki i przemyślenia.

Gdy tak się cofam w myślach o ponad dziesięć lat to przypominam sobie, że kiedyś to nie posiadałam porządnych butów do jazdy, czy innych takich. Pierwsze poważniejsze klasyczne jeździeckie szlify uzyskiwałam jeżdżąc w ukochanych trampkach (z dziurawą podeszwą, a że była dziurawa to odkryłam jak wdepnęłam w kałużę), albo w traperkach w zimie (notabene te buty znosiłam do końca pierwszej zimy w Anglii). Miałam sztylpy i bryczesy z Decathlonu (sztylpy dalej mam i korzystam, bryczesy podarły się ostatecznie dwa lata temu), w późniejszym czasie dostałam też porządny kask i dosyć konkretną kurtkę. Obie rzeczy w dalszym ciągu posiadam i korzystam z nich. Gdy "poszłam" w kierunku westu mama kupiła mi kowbojki robocze Brad Renn's. Przechodziłam je na wylot, do gołej podeszwy trzy lata temu, więc wyobraźcie sobie ile lat wytrzymały :D Kilka par jeansów przetarłam na dupie, jedne pękły mi na zawodach. Teraz jest fajnie, bo możemy sobie zamówić porządne Wranglery do jazdy. Nigdy nie miałam klasycznych sztybletów, czy długich butów. Cztery lata temu jak jeździłam kucyki to dostałam używane traperki jeździeckie Mountain Horse i kocham je nad życie. Są to moje jedyne buty pasujące do klasycznych strzemion i jeżdżą ze mną na pokazy. Marzą mi się hiszpańskie buty do jazdy, ale na takie sobie jeszcze poczekam, bo nie jest to na obecną chwilę artykuł "pierwszej jeździeckiej potrzeby".

Ale do czego zmierzam.... To nie jest tak, że w domu była "bida z nędzą", a ja teraz malkontencę. Pamiętam jak dawno, dawno temu, w czasach cielęcych śmiałyśmy się ze "stajennych gwiazd", które przychodziły na pierwsze jazdy poubierane od stóp do głów w markowe ciuchy, z obowiązkowym palcatem w ręku. Rządził taki stereotyp, że im bardziej ktoś się stroi, tym ma mniej umiejętności. Po części to się sprawdzało. Normalnie jeździło się w czym się dało i na czym się dało.
 Teraz obserwuję, że świat idzie w drugą stronę - trzeba mieć wszystko zajebiste, bo inaczej zwracasz uwagę. Faktem jest, że teraz odzież jeździecka i sprzęt są łatwo dostępne i nie aż tak drogie, miło też popatrzeć na ładne siodła i pady dobrane pod kolor koszul. Ja jednak twierdzę, że nie powinniśmy dać się zwariować. Oczywiście bardzo bym chciała mieć zdobione koszule za miliony monet, ale jednocześnie wolę sama naklejać kryształki i tworzyć coś swojego. Taką filozofię "sprzedałam" już moim jeżdżącym dzieciakom. Jedynym elementem obowiązkowym, który muszą mieć własny to kask - zapis ubezpieczyciela. Reszta? Buty z porządną podeszwą, zakrywające kostkę, legginsy i krótka bluza lub kurtka, taka żebym widziała dosiad i plecy. Na początek wystarczy, dzieciaki szybko rosną i rodzice stopniowo dokupują im specjalną odzież i obuwie, a dwie moje uczennice wymieniają się między sobą. I to jest fajne.

Po prostu nie świrujmy...



Gringo - fetyszysta. W takich butach kiedyś uczyłam się skakać.

Moje obecne kowbojki. Druga para w życiu.

czwartek, 7 grudnia 2017

Ostatnio rzuciło mi się w oczy...

  Lubię czasem poczytać sobie inne blogi. Nie wchodzę na nie specjalnie, ale jak coś ciekawego rzuci mi się w oczy, to chętnie przeczytam. No i kilka tygodni temu na Facebooku rzucił mi się w oczy post młodej dziewczyny, prowadzącej własną stajnię. Wpis był na tyle "specyficzny", że palnęłam się otwartą dłonią w czoło i zakrzyknęłam w przestrzeń "borze zielony dlaczego to jest publiczne!".
Normalnie nie komentuję takich rzeczy, bo wyrosłam z rozpętywania "gównoburz".
 A co mnie tak "wzburzyło"? Zacznijmy od początku...

 Wyobraźmy sobie, że młoda dziewczyna, obrotna, z sukcesami na koncie postanawia otworzyć własną stajnię. Ma do pomocy rodzinę, wprowadzają się pensjonariusze, są prowadzone jazdy, interes się kręci. Normalnie w tym biznesie jest tak, że zdarzają się miesiące fajne i te gorsze, a zapieprzać trzeba ciągle tak samo. Nastał widocznie taki gorszy okres i co dziewczyna zrobiła? Napisała w internecie jak to jej źle, że miało być inaczej, stajnia miała być odskocznią, a nie jest, itp. I to wszystko publicznie. Na tyle publicznie, że pensjonariusze to widzą, uczniowie widzą, potencjalni nowi klienci też widzą.
 Ja wszystko rozumiem, też mamy "u nas" chwile gorsze i lepsze. Całą zeszłą zimę, gdy były problemy z otwarciem szkoły jazdy, Tash chodziła smutna, że nie wie co to będzie, ja jej odpowiadałam "cicho babo! Wszystko będzie dobrze!". Ona przestawała "płakać", a ja szłam po kryjomu wyć do Czarka. Haczyk tkwi w tym, że nasze marudzenia nie wychodziły poza paszarnię na zasadzie "co powiedziano w paszarni, zostaje w paszarni". Pensjonariusze, uczniowie i potencjalni nowi klienci nie byli obciążani naszymi problemami. A powód jest bardzo prosty - nie można pokazać tej niestabilności, klient MUSI czuć się z tobą bezpiecznie, bo inaczej zabierze konia i pójdzie gdzie indziej. I to nie chodzi o to, żeby ściemniać do ludzi. Po prostu nie obciążać ich problemami, które ich nie dotyczą.
 A wiadomo, że konie to kupa radości, z przewagą kupy. Przeżrą i wysrają całą kasę. Zwłaszcza okres zimowy jest trudny i można być podłamanym, można się czasem wyżalić, ale nie na publicznym profilu stajni! Ja jestem królową malkontentów, marudzę niemalże zawodowo, a Czarek za wysłuchiwanie tego niedługo zostanie świętym, ale on ma filozoficzne podejście do życia (całe szczęście!). W stajni nie marudzę.

 Niektórym może się wydawać, że mam "zimne" podejście do pewnych spraw, ale kiedyś też myślałam, że wystarczy otworzyć stajnię i to wszystko będzie się samo kręcić. Gucio prawda! Niektórzy jak wyjdą "na zero", to skaczą z radości. Czytałam jakoś czas temu artykuł pewnego trenera cuttingowego z USA. Facet opisywał, że jak zaczynał, to sam sklecał ogrodzenie ujeżdżalni z tego co znajdował z odpadów budowlanych, zapieprzał po 12-14 godzin, jeździł ludziom konie za darmo, żeby wyrobić sobie renomę, a jego partnerka pracowała normalnie "na etacie", żeby mieli z czego żyć i dokładać do interesu.

 Reasumując większość z nas, koniarzy to pod tym względem pojeby. Jesteśmy pojebami, że siedzimy w tym biznesie, mamy tego świadomość  i jesteśmy z tego dumni :D

Dzisiaj dla odmiany leje i wieje

wtorek, 14 listopada 2017

Zima coraz bliżej...

 Ostatnio w internecie wyświetla nam się multum artykułów na temat treningu koni w okresie jesienno - zimowym. Wczoraj akurat rozmawialiśmy ze znajomą na ten temat, że owszem, zima to najlepszy czas na kondycyjne przygotowanie konia do pierwszych wiosennych zawodów. Trochę się pośmialiśmy, że najlepiej mają ci, którzy mogą korzystać z krytej ujeżdżalni, ale w sumie nie mamy tak źle. Światło jest, ujeżdżalnia jest porządnie zdrenowana, więc nie ma problemów podczas deszczu, trzeba tylko znaleźć motywacje i zakładać ciepłe gacie.

Okres jesienno - zimowy to również droga przez mękę dla weterynarzy. Miejscowe kliniki udostępniły nawet takie małe apele i tabelki dotyczące poprawnego derkowania koni. Niestety ludzie mają tendencje do przegrzewania swoich rumaków pomimo tego, że większość swoje konie goli.
 My zaczęliśmy zakładać cienkie kocyki na noc gdy temperatura zaczęła spadać poniżej 5 stopni. Na dwór zakładamy cienkie derki przeciwdeszczowe tylko wtedy gdy mocno pada. Zaczepiła nas kilka dni temu jedna z pensjonariuszek z pytaniem czy będziemy Gringa i Beanie golić. No nie, nie będziemy. Potem stwierdziła, że chciałaby tak swojego puszczać bez derki, żeby mógł się potarzać, ale w zimie musi go golić, bo on się strasznie poci na treningach. Czy nasze też się tak pocą w tym futrze? No właśnie się nie pocą. Na krytej hali pewnie by się pociły. A to pewnie mają lepszą kondycję? Nie, mają dobrze uregulowany "termostat".

W ciągu ostatniego tygodnia i tak mało robiły. Beanie nabawiła się abscess'a czyli po polsku - podbiła się. Zakleszczył jej się kamyczek w kopycie i spędziła prawie tydzień w boksie z kompresami na kopycie. Swoją drogą jest to dosyć częsty przypadek tutaj w Anglii, a ma to związek z podłożem.  W każdym razie wczoraj Beanie mogła wrócić do pracy.

W dalszym ciągu prowadzę zajęcia z dzieciakami. Najstarsza, siedmioletnia "twardzielka" przychodzi na lekcje późnym popołudniem i jeździ przy sztucznym oświetleniu. Przez pierwsze dwa weekendy października było w okolicy dużo wieczornych ognisk/festynów wioskowych z puszczaniem fajerwerków. Nie mamy nic przeciwko jeżeli wiemy gdzie i kiedy strzelają. Dwa tygodnie temu podczas nauki siodłania, nie wiadomo z jakiej okazji zaczął "strzelać" jeden z sąsiadów. Kuc mi się zesrał ze trzy razy i musiałam podjąć decyzję, że dzisiaj nie jeździmy, a uczymy się pracować z ziemi w round-penie. Lekcja wyszła bardzo fajnie, nawet mama młodej uczestniczyła w zgłębianiu metody join -up i kilku zabaw Parelliego. Jak wychodziłyśmy z round-penu sąsiad postanowił znowu "strzelić" i to tak fest! Kuc mi się wyrwał i poszedł w długą. A ja za nim, w ciemność bez latarki. Na szczęście pobiegł na swój padok, na który go po prostu wpuściłam. Nikomu nic się nie stało poza moim skokiem adrenaliny i wielkim wkurwem, bo mogłam mieć w tym czasie dziecko w siodle i mogło się to skończyć różnie.
 Serio nie mam nic przeciwko fajerwerkom, nawet pomagaliśmy z Czarkiem przy ostatnim wioskowym festynie i było fajnie i bezpiecznie.
 Wystarczy tylko uprzedzić "będę strzelał tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie". Proste.



O takie mamy teraz poranki

piątek, 27 października 2017

O mobbingu w stajniach słów kilka...

  Piękną dzisiaj pogodę mamy na południu Anglii, a my tak na przekór zdecydowaliśmy się podjąć temat dosyć trudny. Temat, który przez wiele lat był zamiatany pod dywan, a wypłynął dopiero niedawno za sprawą Lucy Katan z organizacji British Grooms Association, zrzeszającej osoby zawodowo zajmujące się obsługą koni i stajni. Mówimy tutaj o mobbingu, chociaż ja bardziej "lubię" proste, dosadne sformułowanie - znęcanie się psychiczne nad pracownikiem.

 Projekt nazywa się Grooms Mind Survey i jak na razie jest to seria ankiet badających skalę problemu, a także tworzenie odpowiedniej pomocy dla osób, które doświadczyły złego traktowania.
 Liczby jak na razie niepokoją gdyż około 80% groomów zaznaczyło, że przeżyli mobbing w swojej karierze zawodowej, a około 76% doznało trwałych psychicznych i fizycznych uszczerbków na zdrowiu. Niestety pewna liczba osób z powodu ciężkich przeżyć zrezygnowała z kariery w biznesie końskim. O tym wszyscy od lat wiedzieli, ale głośno się nie mówiło. Za to wiadomo było, na których yardach jest ciągła rotacja pracowników.

Wiadomo, że w dużych stajniach jest zapieprz, trzeba się uwijać z pracą, zwłaszcza jeśli są to yardy sportowe. Wiadomo, że czasem się krzyknie, bluzganie jest na porządku dziennym i ogólnie trzeba mieć grubą skórę i twardą dupę w tym biznesie. Tylko niektórzy zapominają, że dobry groom nie jest cyborgiem. Takimi typowymi "objawami" niezdrowej atmosfery pracy jest m.in. ciągła kontrola, podważanie umiejętności, groźby zwolnienia ("na twoje miejsce mam kilku chętnych" - to jest akurat bardzo zabawne, bo teraz ciężko o dobrego grooma), wyzwiska, obcinanie przerw, obcinanie wypłaty, niewypłacanie nadgodzin, napuszczanie na siebie członków zespołu i moje "ulubione" - silent treatment, czyli totalne ignorowanie pracownika, nieodzywanie się do niego, tworzenie ciężkiej atmosfery i sugerowanie, że cała sytuacja jest winą pracownika. To są takie klasyczne i najczęstsze przykłady.

 W jednej stajni przeżyłam coś niecoś z opisanych rzeczy i powiem wam, że najgorsza przy koniach jest praca w ciągłym napięciu. Można czuć "stresa" przy układaniu młodych koni, ale jest to raczej zastrzyk adrenaliny niż ciągły niepokój. Ja nie miałam jeszcze tak źle, ale dziewczyna z kadry juniorów, która przyszła na staż miała przekichane totalnie. Miała głównie jeździć i pomagać przy układaniu koni, a wylądowała jako popychadło, tania siła robocza, koszmarnie traktowana przez matkę szefa. Na koniec została zwyzywana, bo ośmieliła się odejść.
 Po niej przyszedł chłopak. Miał obsługiwać stajnię i uczyć się jeździć. Traktowany był jeszcze gorzej przez tą panią, ale postawił na wyjaśnienie tej sprawy z szefem. Szef umył ręce od problemu, a chłopak w pewnym momencie odszedł. Zrezygnował w ogóle z pracy przy koniach, chociaż ludzie ze światka jeździeckiego proponowali mu, żeby założył sprawę w Job Tribunal, czyli tutejszym sądzie pracy. Nie zdecydował się, był zmęczony i po prostu wyjechał.

Pracodawcy nie są bez winy, ale niestety pracownicy też potrafią być dla siebie nawzajem ciulami. W obecnej stajni mam teraz sielskie życie, głównie dlatego, że jestem tutaj od początku jej działalności, ale zaobserwowałam nieuczciwe "wyskoki" head grooma do właścicielki. Widziałam też i doświadczyłam na własnej skórze jak dwie inne osoby z naszego otoczenia, również pracujące przy koniach, dawały do zrozumienia, że praca groom'a jest uwłaczająca. Jedna z tych osób wręcz opowiadała wszystkim, że ona "gówna nie wybiera" tylko "trenuje konie". Strach pomyśleć jak traktowała innych pracowników stajni.

 Taki apel na koniec - nie bądźmy dla siebie ciulami....


wtorek, 26 września 2017

Praca przy koniach za granicą - mały poradnik

 W związku z licznymi pytaniami od znajomych już jakiś czas temu nosiliśmy się z zamiarem utworzenia tego typu artykułu/poradnika (poradnik to może za duże słowo). Dopiero teraz ułożyło się to wszystko w sensowną całość, gotową do opublikowania. Większość punktów dotyczy głównie realiów angielskich, ale myślę, że w wielu polskich stajniach rutyna pracy jest podobna.

 Możliwe, że wielu z was i tak już wie co i jak robić, jednak mimo wszystko zapraszamy do zapoznania się z naszym postem, może skorzystacie. Jesteśmy również otwarci na pytania i dyskusje.

1. Safety boots oraz ubranie na zmianę.

Zacznijmy od  być może trywialnego tematu jakim jest odzież. Jak już wspominaliśmy - bierzemy pod uwagę realia brytyjskie. Anglicy kują swoje konie na potęgę, nie do końca dlatego, że jest to konieczne, ale jest to podobno pewien trend, a że większość stajni jest wybetonowana to może się zdarzyć nadepnięcie. Polecamy więc zaopatrzyć się w buty ze wzmocnionym czubem. Noszą je tutaj również weterynarze i kowale. Przyznam szczerze, że podczas pracy w stajni powożeniowej ("ciężkie" konie!) olaliśmy temat i chodziliśmy głównie w traperach lub kaloszach. Jednak wiele stajni wręcz wymaga od swoich pracowników, żeby chodzili w tzw. bezpiecznych butach. Od siebie polecam również zaopatrzenie się w dobre kalosze.
 I tu przechodzimy do ubrania na zmianę. Jesteśmy w Anglii, czyli w kraju gdzie może lać dwa razy w tygodniu - raz przez dwa dni, a drugi raz przez pięć :P Zwłaszcza zimą pogoda nie rozpieszcza i jak zaczynałam swoją karierę to zdarzało mi się przemoknąć do majtek. Potem nauczyłam się trzymać w stajni dwie pary spodni, dodatkowe skarpetki, bluzę, PRZYNAJMNIEJ jedną dodatkową kurtkę (ja miałam w stajni trzy w czasie zimy), ortalionowe żeglarskie "gacie", a nawet dodatkową bieliznę. Raz przez trzy dni padało tak, że zakładałam kurtkę przeciwdeszczową, na to olejak, "gacie" żeglarskie, a spływająca z olejaka woda lała mi się do kaloszy.

2. Koński mocz

 Temat, moim zdaniem, niesłusznie pomijany. Pracując jeszcze w stajni w Polsce, latem opróżnialiśmy boksy codziennie, a stajnię otwieraliśmy na przestrzał, żeby zrobić przeciąg. Wtedy dwa razy doświadczyłam wątpliwej przyjemności bycia podtrutym oparami amoniaku. Objawy to zawroty głowy, nudności, łzawienie oczu, niesmak w ustach, katar i kaszel. Tutaj w Anglii Czarek "przeinhalował" się raz, ale z przytupem gdyż przez dobre trzy dni miał objawy podobne do grypy. Zdarza się to głównie przy obsłudze tzw. skipu (muck heap), czyli blaszanej przyczepy/kontenera z obornikiem. Można się łatwo "zinhalować" oparami podczas przerzucania zawartości. Jak się przed tym chronić? Nie próbować przerzucać dolnej warstwy obornika. Warto od początku układać tak, żeby zostawić sobie jak najwięcej miejsca bez konieczności późniejszego podgarniania.

3. Dobre rękawice robocze

Najlepiej kilka par. Czarek niespecjalnie korzystał, ale ja zużywałam parę parcianych w tydzień. Nie ma nic gorszego od bąbli na rękach od wideł albo igiełek z ostów pod paznokciami (brr!). Dodatkowo warto mieć też takie wzmacniane jeśli przyjdzie nam przycinać jeżyny. Tak, w Anglii jeżyny są wszędzie i tworzą ciężkie do przejścia chaszcze, często też otaczają pastwiska. Taki jeżynowy żywopłot działa lepiej od pastucha elektrycznego, ale ciężko go opanować, a przycinania gołymi rękami nie polecamy.

4. Toczek/kask

Według wytycznych BHS (British Horse Society) wszelkie prace typu jazdy, lonżowanie, oprowadzanki na kucach, prowadzenie jazd, wyprowadzanie/sprowadzanie koni powinny być wykonywane w kasku. Tak,  osoba ucząca w większości przypadków również powinna mieć na głowie kask - od tego już po części odeszli, ale dla odmiany kładą teraz nacisk na zakładanie rękawiczek jeździeckich. Jednak obowiązkowo trzeba mieć kask podczas treningów na ujeżdżalni i w terenie. Z trywialnego powodu - ubezpieczenie chroni cię tylko wtedy gdy spełniasz wszystkie zasady bezpieczeństwa. U mnie i Czarka różnie z tym kaskiem bywa, ale w teren zawsze zakładamy.
 Warto mieć własny gdyż sporo stajni ich nie udostępnia. Dlaczego? Również jest to kwestia ubezpieczenia.
A tak a propos ubezpieczenia....

5. Ubezpieczenie BHS

...no właśnie. Większość stajni zatrudnia na zasadzie self-employed czyli zatrudnia stajennego (grooma) na godziny, a to oznacza, że wystawiasz pracodawcy faktury i sam opłacasz sobie NIN (National Insurance Number). Teoretycznie w razie wypadku jesteś chroniony przez ubezpieczenie, którym jest objęty cały yard, ale w praktyce lepiej zabezpieczyć sobie cztery litery. Ubezpieczenie BHS kosztuje około 5 funtów miesięcznie i jest najczęściej wybieranym przez jeźdźców. Oczywiście na rynku są też inni ubezpieczyciele, więc każdy może wybrać coś dla siebie.

6. Samozatrudnienie (self - employment)

 I tutaj przechodzimy do "grubszego" wątku. Większość stajni zatrudnia właśnie na takiej zasadzie. Nie jest to nic strasznego, można na tym nieźle wyjść zwłaszcza wtedy, gdy praca w stajni jest naszym dodatkowym zajęciem, a normalnie pracujemy już gdzieś na kontrakcie. Pracodawca "kontraktowy" opłaca wtedy twój NIN, a rocznie rozliczasz się podając formularz P60 i podając kwoty z dodatkowych faktur. Prosta opcja.
 W momencie gdy praca w stajni jest naszym jedynym zajęciem przy samozatrudnieniu musimy mieć przynajmniej dwóch pracodawców. Minusem tego wszystkiego jest to, że "self - employed" jak na razie nie obowiązuje stawka minimalna (obecnie £7.50), czyli stajnia może ci zaoferować mniej na godzinę. Nie robią tego gdyż ciężko o dobrego pracownika, ale mogą odjąć coś niecoś jeśli oferują zakwaterowanie i/lub zakwaterowanie konia. Na południu Anglii średnia stawka dla grooma/jeźdźca to około 300 funtów/tydzień często z zakwaterowaniem. Warto znać swoje prawa.

Jeśli macie jakieś pytania, lub wątpliwości to piszcie na naszego fanpage'a lub na maila, a postaramy się pomóc :)