wtorek, 26 września 2017

Praca przy koniach za granicą - mały poradnik

 W związku z licznymi pytaniami od znajomych już jakiś czas temu nosiliśmy się z zamiarem utworzenia tego typu artykułu/poradnika (poradnik to może za duże słowo). Dopiero teraz ułożyło się to wszystko w sensowną całość, gotową do opublikowania. Większość punktów dotyczy głównie realiów angielskich, ale myślę, że w wielu polskich stajniach rutyna pracy jest podobna.

 Możliwe, że wielu z was i tak już wie co i jak robić, jednak mimo wszystko zapraszamy do zapoznania się z naszym postem, może skorzystacie. Jesteśmy również otwarci na pytania i dyskusje.

1. Safety boots oraz ubranie na zmianę.

Zacznijmy od  być może trywialnego tematu jakim jest odzież. Jak już wspominaliśmy - bierzemy pod uwagę realia brytyjskie. Anglicy kują swoje konie na potęgę, nie do końca dlatego, że jest to konieczne, ale jest to podobno pewien trend, a że większość stajni jest wybetonowana to może się zdarzyć nadepnięcie. Polecamy więc zaopatrzyć się w buty ze wzmocnionym czubem. Noszą je tutaj również weterynarze i kowale. Przyznam szczerze, że podczas pracy w stajni powożeniowej ("ciężkie" konie!) olaliśmy temat i chodziliśmy głównie w traperach lub kaloszach. Jednak wiele stajni wręcz wymaga od swoich pracowników, żeby chodzili w tzw. bezpiecznych butach. Od siebie polecam również zaopatrzenie się w dobre kalosze.
 I tu przechodzimy do ubrania na zmianę. Jesteśmy w Anglii, czyli w kraju gdzie może lać dwa razy w tygodniu - raz przez dwa dni, a drugi raz przez pięć :P Zwłaszcza zimą pogoda nie rozpieszcza i jak zaczynałam swoją karierę to zdarzało mi się przemoknąć do majtek. Potem nauczyłam się trzymać w stajni dwie pary spodni, dodatkowe skarpetki, bluzę, PRZYNAJMNIEJ jedną dodatkową kurtkę (ja miałam w stajni trzy w czasie zimy), ortalionowe żeglarskie "gacie", a nawet dodatkową bieliznę. Raz przez trzy dni padało tak, że zakładałam kurtkę przeciwdeszczową, na to olejak, "gacie" żeglarskie, a spływająca z olejaka woda lała mi się do kaloszy.

2. Koński mocz

 Temat, moim zdaniem, niesłusznie pomijany. Pracując jeszcze w stajni w Polsce, latem opróżnialiśmy boksy codziennie, a stajnię otwieraliśmy na przestrzał, żeby zrobić przeciąg. Wtedy dwa razy doświadczyłam wątpliwej przyjemności bycia podtrutym oparami amoniaku. Objawy to zawroty głowy, nudności, łzawienie oczu, niesmak w ustach, katar i kaszel. Tutaj w Anglii Czarek "przeinhalował" się raz, ale z przytupem gdyż przez dobre trzy dni miał objawy podobne do grypy. Zdarza się to głównie przy obsłudze tzw. skipu (muck heap), czyli blaszanej przyczepy/kontenera z obornikiem. Można się łatwo "zinhalować" oparami podczas przerzucania zawartości. Jak się przed tym chronić? Nie próbować przerzucać dolnej warstwy obornika. Warto od początku układać tak, żeby zostawić sobie jak najwięcej miejsca bez konieczności późniejszego podgarniania.

3. Dobre rękawice robocze

Najlepiej kilka par. Czarek niespecjalnie korzystał, ale ja zużywałam parę parcianych w tydzień. Nie ma nic gorszego od bąbli na rękach od wideł albo igiełek z ostów pod paznokciami (brr!). Dodatkowo warto mieć też takie wzmacniane jeśli przyjdzie nam przycinać jeżyny. Tak, w Anglii jeżyny są wszędzie i tworzą ciężkie do przejścia chaszcze, często też otaczają pastwiska. Taki jeżynowy żywopłot działa lepiej od pastucha elektrycznego, ale ciężko go opanować, a przycinania gołymi rękami nie polecamy.

4. Toczek/kask

Według wytycznych BHS (British Horse Society) wszelkie prace typu jazdy, lonżowanie, oprowadzanki na kucach, prowadzenie jazd, wyprowadzanie/sprowadzanie koni powinny być wykonywane w kasku. Tak,  osoba ucząca w większości przypadków również powinna mieć na głowie kask - od tego już po części odeszli, ale dla odmiany kładą teraz nacisk na zakładanie rękawiczek jeździeckich. Jednak obowiązkowo trzeba mieć kask podczas treningów na ujeżdżalni i w terenie. Z trywialnego powodu - ubezpieczenie chroni cię tylko wtedy gdy spełniasz wszystkie zasady bezpieczeństwa. U mnie i Czarka różnie z tym kaskiem bywa, ale w teren zawsze zakładamy.
 Warto mieć własny gdyż sporo stajni ich nie udostępnia. Dlaczego? Również jest to kwestia ubezpieczenia.
A tak a propos ubezpieczenia....

5. Ubezpieczenie BHS

...no właśnie. Większość stajni zatrudnia na zasadzie self-employed czyli zatrudnia stajennego (grooma) na godziny, a to oznacza, że wystawiasz pracodawcy faktury i sam opłacasz sobie NIN (National Insurance Number). Teoretycznie w razie wypadku jesteś chroniony przez ubezpieczenie, którym jest objęty cały yard, ale w praktyce lepiej zabezpieczyć sobie cztery litery. Ubezpieczenie BHS kosztuje około 5 funtów miesięcznie i jest najczęściej wybieranym przez jeźdźców. Oczywiście na rynku są też inni ubezpieczyciele, więc każdy może wybrać coś dla siebie.

6. Samozatrudnienie (self - employment)

 I tutaj przechodzimy do "grubszego" wątku. Większość stajni zatrudnia właśnie na takiej zasadzie. Nie jest to nic strasznego, można na tym nieźle wyjść zwłaszcza wtedy, gdy praca w stajni jest naszym dodatkowym zajęciem, a normalnie pracujemy już gdzieś na kontrakcie. Pracodawca "kontraktowy" opłaca wtedy twój NIN, a rocznie rozliczasz się podając formularz P60 i podając kwoty z dodatkowych faktur. Prosta opcja.
 W momencie gdy praca w stajni jest naszym jedynym zajęciem przy samozatrudnieniu musimy mieć przynajmniej dwóch pracodawców. Minusem tego wszystkiego jest to, że "self - employed" jak na razie nie obowiązuje stawka minimalna (obecnie £7.50), czyli stajnia może ci zaoferować mniej na godzinę. Nie robią tego gdyż ciężko o dobrego pracownika, ale mogą odjąć coś niecoś jeśli oferują zakwaterowanie i/lub zakwaterowanie konia. Na południu Anglii średnia stawka dla grooma/jeźdźca to około 300 funtów/tydzień często z zakwaterowaniem. Warto znać swoje prawa.

Jeśli macie jakieś pytania, lub wątpliwości to piszcie na naszego fanpage'a lub na maila, a postaramy się pomóc :)






środa, 16 sierpnia 2017

New Romney Show & Standalone Farm Show

W końcu po dokładnym domyciu się i ochłonięciu jestem w stanie opowiedzieć Wam o naszym tygodniu pełnym wrażeń.
  Na początku sierpnia wyruszyłam z niezastąpionym teamem Olivants Equine Displays na serię pokazów. Pierwszy odbył się w New Romney w hrabstwie Kent, czyli nie tak daleko od nas. Był to charytatywny festyn, podczas którego zaprezentowaliśmy pokaz Doma Vaquera (jazda w stylu hiszpańskim z garrochą), long reining czyli pokaz pracy na długich wodzach oraz panowie Charlie i Pete przedstawili paso double w wersji jeździeckiej.
 Cały festyn odbywał się na dosyć małym terenie i najbardziej stresujące było przeciskanie się z końmi przez tłumy, pomimo tego, że ekipa techniczna odgradzała nas jak mogła. Grasshoper nieco się denerwował mając ludzi za sobą odgrodzonych od niego tylko siatką, a ja denerwowałam się, że go nie utrzymam, ale koniec końców wszystko poszło dobrze.

 Mieliśmy wystąpić dwa razy, ale tuż przed drugim wyjściem lunęło, więc organizatorzy stwierdzili, że nie ma co festynu przeciągać. W sumie wyszło nam to na dobre, bo mogliśmy wrócić do domu i przespać noc przed wyruszeniem na tygodniowe występy.

 Rano zebraliśmy się do kupy i pojechaliśmy do Standalone Farm w hrabstwie Herefordshire, oddalone o trzy godziny drogi od West Sussex. No może nieco mniej, ale koniowóz nie dał rady jechać szybciej.

 Na miejscu zostaliśmy "zakwaterowani" w szczerym polu obok wydzielonej areny i plastikowego toi-toia (w gruncie rzeczy plastikowy kibel okazał się czystszy od tego w knajpie na farmie). Było kilka zgrzytów, gdyż mieliśmy mieć zapewnioną wodę, siano i słomę, ale dali nam tylko kanistry na wodę, a manager farmy myślał, że przywieziemy siano i słomę ze sobą (tak! tygodniowy zapas dla czterech koni!). Wszystko poszło dobrze, bo siano i słomę nam dowieźli, a także zostawili przyczepkę na gnój. Wodę chłopaki musieli dwa razy dziennie przywozić w kanistrach taczkami, albo samochodem, kran był oddalony o jakieś 300 metrów. Ogiery miały wydzielone dwa "boksy", a Storm i Grasshoper dostały dwa padoki z bogatą trawą. Berry i VooDoo wychodziły na zmianę na trzeci, duży padok. Berry spędzał tam noc, a VooDoo kilka godzin w ciągu dnia.



Grasshoper & Storm

Berry na pierwszym planie

Wjazd na farmę

Caspian dzielnie wyznacza padoki

VooDoo sam sobie wydzielił siano

Pokazy mieliśmy dwa razy dziennie - o 11.30 i 13.30, więc po 14-tej byliśmy już wolni i zajmowaliśmy się zwiedzaniem farmy, "nic nie robieniem", albo debatowaniem co zjemy i gdzie i kiedy damy radę wziąć prysznic (prysznic znaleźliśmy w miasteczku na miejscowym basenie). W między czasie pogoda nas nie rozpieszczała. Przeżyliśmy całodniowe (i całonocne!) oberwanie chmury, podczas którego podmyło mi namiot i spędziłam uroczą godzinkę na wycieraniu wody ręcznikami oraz suszeniu koca. Przez trzy dni wiało też okrutnie przez co altana nam prawie odleciała, a w nocy odczepiły mi się linki od śledzi w namiocie (nie odleciałam, bo namiot był obciążony moimi gratami od środka).


Tak oto panowie zabezpieczyli mój namiot na noc.


Opowiem wam w skrócie o pokazie. Wszystkie "nasze" konie należą do rasy PRE co oznacza "pura rasa espaniola", czyli czysta krew hiszpańska. Jest to jedna z najstarszych znanych ras, coraz popularniejsza w Anglii, głównie z powodu jej wszechstronności. Konie tej rasy są silne, niewysokie, o łagodnym usposobieniu, ale dosyć późno dojrzewające czym przypominają mi nasze "Małopolaki". Po dobrym treningu można otrzymać wierzchowca, który pójdzie z jeźdźcem w ogień. Po krótkim wprowadzeniu pierwszy wjeżdżał Pete na Berrym pokazując kilka manewrów dresażowych, następnie Natasha podawała mu Garrochę, to jest długą lancę. Przyrząd ten służył vaquero (hiszpańskim/argentyńskim kowbojom) do oddzielania konkretnej sztuki bydła od stada, tudzież do ochrony siebie i konia przed bykami. W obecnych czasach jazda z  garrochą urosła do rangi sztuki i jest pokazywana jako swoisty taniec. Pete opierał ostrzejszy koniec o ziemię, drugi koniec o swoje ramię i wykonywał manewry naokoło. Jest on jednym z nielicznych jeźdźców w Anglii potrafiących posługiwać się garrochą, więc było na co popatrzeć.






Po występie Iberico przechwytywałam go od Pete'a i podawałam przygotowanego Grasshopera. Prawdziwe imię tego siwka to Saltamontes co w tłumaczeniu oznacza nic innego jak...konik polny.
Tutaj Pete pokazywał pracę z ziemi na długich wodzach. Grasshoper wykonywał chody boczne, "spanish walk" oraz piaff. Ten sposób treningu jest bardzo popularny podczas przygotowywania koni do dresażu oraz jazdy w stylu hiszpańskim.





Na końcu panowie, Charlie i Pete wykonali pokaz jazdy synchronicznej w rytm paso double, na swoich ogierach - Iberico i VooDoo. Tu zaczynała się też moja mała rola - asekurowałam Charliego i Voodoo podczas pokazu z ziemi i przy powtórnym wsiadaniu. Ogier VooDoo - 7-letni pół fryz, pół PRE, dopiero debiutował, ale radził sobie świetnie. Moje zadanie nie należało do prostych gdyż w pewnym momencie musiałam utrzymać i konia, i ciężar Charliego na moim lichym lewym barku, a jednocześnie miałam wyglądać ładnie, oraz pięknie się ukłonić pod koniec. Muszę jednak przyznać, że z radością robiłam wszystko byleby tylko mieć swoją rolę na arenie, przed publiką. Daje to niesamowitego kopa i poczucie spełnienia.


Cudowne zdjęcia zrobił nam Glen Silman Photography Student . Całym sercem polecam tego skromnego faceta i na pewno będę obserwować jego dalszy rozwój. Więcej można obejrzeć na jego fan pejdżu.
 Był to ostatni pokaz w tym sezonie, następne prawdopodobnie będą stacjonarne, "u nas" w stajni, a te wyjazdowe nie będą aż tak daleko. Przeżyliśmy, bawiliśmy się świetnie...tzn, przynajmniej ja miałam frajdę i odpoczęłam psychicznie, nauczyłam się sporo i czekam na więcej!

czwartek, 29 czerwca 2017

Już na nowym miejscu

 Mieliśmy długą przerwę od bloga, ale w sumie dopiero teraz jestem na tyle przytomna, żeby cokolwiek napisać. Praktycznie przez całą wiosnę byliśmy tak zajęci, że w sumie to nie dokońca pamiętam co się działo.

 Przede wszystkim tydzień temu przeprowadziliśmy się bliżej stajni, dosłownie przez płot. Wcześniej też nie było daleko, ale teraz jest to jakieś 200 metrów od domu, oszczędzamy dzięki temu masę czasu, zwłaszcza ja nie muszę już popylać na rowerze. Ja chodzę sobie na piechotę przez płot, ale Czarek jak ma lenia to wsiada na mój rower...a potem marudzi, że rower za mały :D.

 Sama przeprowadzka to była w sumie droga przez mękę, bo akurat trafiliśmy na 2 tygodnie niezłych upałów. Super pogoda na leżenie plackiem, albo wieczorną pracę w ogrodzie, ale niekoniecznie fajna pora na przeprowadzkę i drobne prace remontowe. Jeździć też musieliśmy wcześnie rano, bo praktycznie do wieczora było upalnie. Jeszcze tylko czekamy aż hydraulik podłączy nam pralkę i zamontuje kran na ogrodzie. No i musimy posprzątać bajzel, który zrobiliśmy wokół domu...w sumie w samym domu też :D

 Nasza Beanie zaczęła już galopować pod jeźdźcem na dużej ujeżdżalni i w końcu doświadczyliśmy tego długo wyczekiwanego momentu gdy możemy jeździć obydwoje jednocześnie. Mała świetnie daje sobie radę i prawdopodobnie na jesieni spróbujemy wypuścić się z nią na zawody. Jak na razie w dalszym ciągu chodzi na halterze, więc na zawodach pójdzie na bosalu.
 Gringo dla odmiany jest w sumie nudny gdyż większość manewrów na treningach wykonuje w gruncie rzeczy poprawnie. Musimy tylko zacząć znowu pracować nad lotną i galopem przez drągi.


Zbuntowałam się. Stwierdziłam, że nie będę się kisić w długich spodniach

Zmęczeni po treningu

W stajni pojawiło mi się trochę nowych dzieciaków na jazdy i prawdopodobnie będziemy potrzebować drugiego kuca. Na razie ustawiamy jazdy tak, żeby nie przemęczać Carlito i żeby miał wystarczającą ilość dni wolnych od pracy, ale jak na razie kuc ma sporo energii i chętnie idzie na zajęcia, a dzieci go kochają. W dalszym ciągu uwielbiam pracę z dzieciakami i ludzi w dalszym ciągu to dziwi. A ja w dalszym ciągu nie rozumiem co w tym dziwnego gdyż ucząc dzieci być może tworzysz późniejszych zawodników, trenerów, koniarzy...

Ostatni temat na dziś, ale tylko dlatego, że wszyscy o to pytają - Brexit...ale tutaj rzucę tylko krótkim komentarzem. Nigdy nie doświadczyliśmy w stosunku do nas zachowań rasistowskich, ksenofobicznych czy innych takich. Nie mamy czasu na przejmowanie się rzeczami, o których trąbią w mediach (notabene proponuję czytać również anglojęzyczne artykuły, a nie tylko Onet, czy WP) . Płacimy podatki, jesteśmy zatrudnieni, ciężko pracujemy, nie bierzemy benefitów i mamy generalnie głęboko w dupie tą całą unijno - brytyjską wojenkę. Poza tym jesteśmy tutaj już ponad 5 lat, dobrze nam, nie odczuliśmy zmian. Tyle.


wtorek, 14 marca 2017

Już prawie wiosna

 Dzisiaj w końcu udało mi się przedrzeć przez papierkologię i wysłać paszport Beanie do AQH UK razem z resztą makulatury. Tu podpis, tam kopia certyfikatu, tu wypełnij, bla, bla, bla i ZAPŁAĆ, najlepiej miliony monet.
 Zresztą cały zeszły tydzień przekopywałyśmy się z Natashą przez procedury British Horse Society, coby wszystko dotyczące nauki jazdy było akuratne i zgodne z wytycznymi. Na każde byle pierdnięcie jest odpowiedni formularz, do tego po każdej jeździe muszę "zdać pisemny raport". To nie koniec, bo czekam jeszcze na podręczniki, z których mam się przygotowywać do wyrabiania uprawnień. Mózg ugotowany.
 Dodatkowo czeka nas tworzenie kilku symulacji przykładowej lekcji. Biedna Jamie będzie pewnie naszą "ofiarą". No ale taki los praktykantów.

Druga lekcja z trzylatką poszła lepiej niż zakładałam, gdyż dziewczynka zdołała skupić się  nieco dłużej niż za pierwszym razem (czyli na jakieś 5-7 minut). Ogólnie uważam te zajęcia za udane, zdołałam wykonać wszystkie zaplanowane ćwiczenia, a i maluch był zdecydowanie bardziej otwarty. Na pytanie "jakiego koloru jest grzywa Carlito?" odpowiedziała - "Błotnego". Uwielbiam dzieci.

 Z okazji nadejścia wiosny wzięliśmy się za regularne treningi, chociaż Czarek trochę marudzi, że jak po dwóch dniach deszczu nadchodzi słoneczny dzień, to znaczy, że jest to poniedziałek. Moim zdaniem i tak mieliśmy szczęście tej zimy, bo wcale aż tak nie lało.

Gringo w sobotę strzelił mi focha - giganta. Przyznam szczerze, że mnie zaskoczył, bo dawno takich "akcji" nie było. Poszliśmy na ujeżdżalnie gdzie Natasha akurat prowadziła jazdę na Stormie. Pierwszy foch przyszedł gdy Gringo zorientował się, że Czarek poszedł z Beanie do round-pennu zamiast, jak zazwyczaj, przyjść na ujeżdżalnię. Gruby zaczął się drzeć jakby go ze skóry obdzierali, aż się w końcu rozkaszlał i zapluł, ale polecenia wykonywał. Za to foch - gigant przyszedł gdy Tash zabrała Storma z ujeżdżalni... Gringo zaczął się boczyć, uciekać od łydki, próbował mi wyrwać do przodu, aż w końcu zaczął strzelać z zadu. Ogólnie zachowywał się jak porąbany, co jest o tyle ciekawe, że ze Stormem w sumie nie miał wiele do czynienia. Wkurzyłam się. Ogarnęłam go z siodła, potem zsiadłam, przegoniłam go z ziemi, wsiadłam z powrotem. W między czasie Czarek przyszedł z Beanie. Wygoniłam ich za winkiel, żeby Gruby ich nie widział i wzięłam go na ugięcia. Gięcie, gięcie, wolta, gięcie i tak dopóki nie zrozumiał. Uspokoił się dopiero jak dodatkowo przeszedł się kawałek "na wstecznym".  Przez resztę treningu był jak anioł. Wczoraj też pracowało się nam bardzo dobrze.

 A Beanie jest ostatnio "nudna", bo nic spektakularnego nie odwala. Chodzi grzecznie po drągach, galopuje grzecznie na lonży. Bez lonży też się bardzo słucha. Robiłam z nią kilka ćwiczeń do showmanship i całkiem nieźle to zaczyna wyglądać. Czarek już szykuje powrót do siodła i zaczniemy regularniejsze jazdy.


wtorek, 28 lutego 2017

The Classical Riding Academy

Po wielu miesiącach prób, błędów, zwątpienia i (a jakże!) ciężkiej pracy w końcu ruszyliśmy z akademią jazdy konnej. Jest to coś na co Natasha ciężko pracowała przez prawie dziesięć lat, a przez ostatni ponad rok staraliśmy się jej w tym pomóc. W końcu yard uzyskał licencję i mogliśmy ruszyć z reklamą i zapisami na jazdy. Spełniło się także jedno z moich większych marzeń, mianowicie rozpoczęłam pracę jako instruktor jazdy konnej i obecnie zbieram tak zwane "portfolio zawodowe", które będzie mi potrzebne do wyrobienia uprawnień.

Na razie uczę pod kuratelą Natashy i w sumie tak jak chciałam, zajmuję się głównie dziećmi. We czwartek mam pierwszą zabookowaną jazdę od osób "z zewnątrz". Będzie to czteroletnia dziewczynka, która dopiero rozpocznie swoją przygodę z jeździectwem. Moim zdaniem takie maluchy są najfajniejsze do uczenia, chociaż większość instruktorów twierdzi, że to koszmarna nuda. Dodatkowo uczenie tak małych "człowieków" to według mnie jedno z większych wyzwań,  jest to duża odpowiedzialność gdyż jak to się mówi "czym skorupka za młodu nasiąknie...". Wszelkie błędy popełnione przy uczeniu mogą wyjść w późniejszym treningu.

 Moja starsza adeptka jeździ już samodzielnie i rozpoczęłam z nią wprowadzenie do Traila, czyli ćwiczenia na drągach. Na razie idzie "koślawo", ale z takimi rzeczami nie należy się śpieszyć i nie należy się nimi przejmować. Tylko ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Bardziej jestem zadowolona z jej galopów na lonży. Prawdopodobnie już niedługo przesiądzie się na nieco większego konia co da nam trochę więcej swobody. Kuc Carlito też ma swoje ograniczenia.

Co do ograniczeń to cieszę się, że mamy możliwość dyktowania swoich warunków. Nie ma tak, że konie będą chodzić po pierdylion godzin, bez chwili przerwy. Już w grudniu lekcje były ustawiane tak, że Carlito miał przynajmniej godzinę przerwy między jazdami, a ja osobiście wolę mu dać dwie godziny i więcej. Mamy możliwość zrobienia rotacji koni. Poza tym jednym z warunków otrzymania licencji było sprawdzenie wszystkich pracujących koni przez weta i te "checki" będą się powtarzać.

A co u naszych "dzieciaków"? Skończyły się "ferie" i czas powrócić do treningów. Gringo i Beanie bardzo ładnie i chętnie rozpoczęły sezon treningowy. Wczoraj za to obydwa koniska mnie załamały. Wróciły z padoków z taką ilością błota w ogonach, że doprowadzenie ich do "stanu używalności" zajęło mi prawie godzinę. Wyglądało to tak jakby obydwa zjeżdżały na dupach na padoku, bo błoto było właściwie tylko "z dupy strony".

Na zakończenie dodam, że jeśli ktoś akurat przebywa w Anglii i miałby ochotę pojeździć konno na dobrze zrobionych hiszpańskich koniach, to zapraszam do bookowania lekcji przez naszą stronę internetową https://www.classicalridingacademy.com/

Zapraszam także na fan pejdża The Classical Riding Academy

sobota, 31 grudnia 2016

Noworoczne postanowienia

Wszystkim naszym czytelnikom chcielibyśmy życzyć Szczęśliwego Nowego Roku, oraz spełnienia swoich marzeń i postanowień.


 Jak na razie jesteśmy bardzo blisko spełnienia pierwszej części swoich marzeń - szkółka jeździecka Bolingbroke Stud powoli ruszyła, a być może adeptów jeździectwa będzie przybywać. Jak na razie Tash śmieje się, że przynajmniej kuc Carlito zaczął w końcu na siebie zarabiać. Faktem jest, że najbardziej chętne na jazdy są dzieci, na dodatek same dziewczynki.
 Dzisiaj swoją przygodę z jeździectwem rozpoczęły 7-letnia Emily i 5-letnia Jessica. Nieco starsza od nich Vava ma z nami zajęcia już regularnie i zaczyna się przygotowywać do pierwszych zagalopowań i "spuszczenia z lonży". Podczas prowadzenia jazd stawiam przede wszystkim na pracę nad balansem i rozciąganie mięśni, czyli przez dosyć długi czas nie spuszczam moich uczniów z lonży.

 Z naszą klaczą Beanie skupiamy się teraz na pracy z ziemi i budowaniu kondycji oraz mięśni. Dzięki temu na wiosnę będzie można zacząć już regularne jazdy. Jak na razie nasza dziewczynka radzi sobie świetnie.
 Czarek zaczął też od nowa pracę z Jaxem. Jak na razie pracują nad odbudowaniem kondycji...obojga. Wiadomo, że w zimie przy krótszym dniu ciężej jest prowadzić regularne treningi, ale teraz jak dzień zaczyna być dłuższy to powinno być nam łatwiej.

 Siwy Lusitano Ziggy wraca do siebie po kastracji i prawdopodobnie już niedługo będzie mógł wychodzić na padoki razem ze stadem.


Jax, szczęśliwy po treningu

Ziggy i Pete

wtorek, 27 grudnia 2016

Praca z ziemi bez liny

 Dzisiaj chcielibyśmy Wam przedstawić jak ostatnio pracujemy z Gringo. Powiem szczerze, że natchnęła mnie do tego Natasha podczas sezonu pełnego pokazów. Jednym z elementów był pokaz posłuszeństwa. Bardzo przydatna sprawa, zwłaszcza gdy zawiodą inne sposoby na zatrzymanie konia, a pozostanie tylko głos i mowa ciała.

 Dla nas dużym ułatwieniem jest to, że Gringo od małego był prowadzony metodą natural horsemanship i  dobrze reaguje na komendy głosowe i mowę ciała. Przede wszystkim jednak nie należy rezygnować gdy  koń nie reaguje na nasze komendy od razu.
 * z góry przepraszamy za jakość zdjęć.





W oczekiwaniu na trening

 Pracę zaczynam już od wyprowadzenia konia z boksu. Staram się nie przywiązywać go i najczęściej wszelkie czynności wykonuję wokół niego właśnie gdy sobie tak stoi. Oczywiście czasem zdarzy się, że zrobi krok w lewo, albo w prawo, ale wtedy spokojnie ustawiam go "na miejsce". Tego typu trening wymaga cierpliwości i czasu, ale potem w większości przypadków otrzymujemy konia, który będzie spokojnie stał i czekał na nas.




Ćwiczenie zaczynamy na linie, żeby przyzwyczaić konia do sygnałów (naszej mowy ciała), które będziemy mu dawać. Ważne jest żeby skupić konia na sobie poprzez robienie częstych zmian kierunku i przejść stęp-kłus-stęp, a po rozgrzewce również kłus-galop-kłus. Z Gringo robimy również pleasurowe wyciąganie i skracanie kłusa. Gdy nasz koń jest już rozgrzany, spokojny i skupiony na nas, wtedy odpinamy lonżę.



Odpinamy lonżę
Gdy nasz koń chodzi już sobie "luzem" staramy się nakierować go na koło wokół nas poprzez naciskanie na zad. Ja to robię wskazując palcatem na zad i przemieszczając się tak, żeby utrzymać swoją pozycję mniej więcej w połowie długości konia, a wzrok kieruję na jego głowę. Aby skierować Gringo na drągi naciskam na jego zad i cofam się przyciągając konia bliżej siebie.








Bardzo ważne jest, aby podczas zmiany kierunku uzyskać zwrot głową do środka, łatwiej jest wtedy konia "ogarnąć". Gringo akurat często robi zwrot na zewnątrz, gdyż podczas pracy w round penie został nauczony, aby zmieniać kierunek z głową do ściany. Zapobiega to przechodzeniu na łopatkę i pilnuje angażowania zadu w późniejszym treningu. Ot tak się przyzwyczaił, że jak "nie ma liny, to skręcam na zewnątrz".

 Bardzo ważnym elementem są też zatrzymania. Jeśli koń nie chce wykonać tego polecenia od razu na głos, wtedy należy wyjść przed jego łopatkę. Możliwe, że spróbuje zmienić w tym momencie kierunek, wtedy musimy wykazać się refleksem i zajść go od drugiej strony. Na początku nie jest ważne gdzie koń się zatrzyma ważne, że spokojnie stanie.

Gringo podąża za mną

Ustępowanie zadu
 Jeśli na początku nie mamy pewności, czy nasz koń nam nie ucieknie, ćwiczenie warto zacząć od zaproszenia konia do podążania za Wami. Gdy już to się uda, można naciskając na zad uzyskać od konia stępowanie po małym kole wokół nas. Na początek nie trzeba wysyłać go daleko, a przede wszystkim trzeba przez cały czas skupiać na sobie jego uwagę. Dodam jeszcze, że presja nie musi być wywierana fizycznie przy pomocy  bata, ale też przy pomocy wzroku, przybliżania się i oddalania od konia.

 I nie poddawać się :D

Wszelkie pytania i opinie prosimy kierować na nasz email megiczarek@gmail.com