czwartek, 7 grudnia 2017

Ostatnio rzuciło mi się w oczy...

  Lubię czasem poczytać sobie inne blogi. Nie wchodzę na nie specjalnie, ale jak coś ciekawego rzuci mi się w oczy, to chętnie przeczytam. No i kilka tygodni temu na Facebooku rzucił mi się w oczy post młodej dziewczyny, prowadzącej własną stajnię. Wpis był na tyle "specyficzny", że palnęłam się otwartą dłonią w czoło i zakrzyknęłam w przestrzeń "borze zielony dlaczego to jest publiczne!".
Normalnie nie komentuję takich rzeczy, bo wyrosłam z rozpętywania "gównoburz".
 A co mnie tak "wzburzyło"? Zacznijmy od początku...

 Wyobraźmy sobie, że młoda dziewczyna, obrotna, z sukcesami na koncie postanawia otworzyć własną stajnię. Ma do pomocy rodzinę, wprowadzają się pensjonariusze, są prowadzone jazdy, interes się kręci. Normalnie w tym biznesie jest tak, że zdarzają się miesiące fajne i te gorsze, a zapieprzać trzeba ciągle tak samo. Nastał widocznie taki gorszy okres i co dziewczyna zrobiła? Napisała w internecie jak to jej źle, że miało być inaczej, stajnia miała być odskocznią, a nie jest, itp. I to wszystko publicznie. Na tyle publicznie, że pensjonariusze to widzą, uczniowie widzą, potencjalni nowi klienci też widzą.
 Ja wszystko rozumiem, też mamy "u nas" chwile gorsze i lepsze. Całą zeszłą zimę, gdy były problemy z otwarciem szkoły jazdy, Tash chodziła smutna, że nie wie co to będzie, ja jej odpowiadałam "cicho babo! Wszystko będzie dobrze!". Ona przestawała "płakać", a ja szłam po kryjomu wyć do Czarka. Haczyk tkwi w tym, że nasze marudzenia nie wychodziły poza paszarnię na zasadzie "co powiedziano w paszarni, zostaje w paszarni". Pensjonariusze, uczniowie i potencjalni nowi klienci nie byli obciążani naszymi problemami. A powód jest bardzo prosty - nie można pokazać tej niestabilności, klient MUSI czuć się z tobą bezpiecznie, bo inaczej zabierze konia i pójdzie gdzie indziej. I to nie chodzi o to, żeby ściemniać do ludzi. Po prostu nie obciążać ich problemami, które ich nie dotyczą.
 A wiadomo, że konie to kupa radości, z przewagą kupy. Przeżrą i wysrają całą kasę. Zwłaszcza okres zimowy jest trudny i można być podłamanym, można się czasem wyżalić, ale nie na publicznym profilu stajni! Ja jestem królową malkontentów, marudzę niemalże zawodowo, a Czarek za wysłuchiwanie tego niedługo zostanie świętym, ale on ma filozoficzne podejście do życia (całe szczęście!). W stajni nie marudzę.

 Niektórym może się wydawać, że mam "zimne" podejście do pewnych spraw, ale kiedyś też myślałam, że wystarczy otworzyć stajnię i to wszystko będzie się samo kręcić. Gucio prawda! Niektórzy jak wyjdą "na zero", to skaczą z radości. Czytałam jakoś czas temu artykuł pewnego trenera cuttingowego z USA. Facet opisywał, że jak zaczynał, to sam sklecał ogrodzenie ujeżdżalni z tego co znajdował z odpadów budowlanych, zapieprzał po 12-14 godzin, jeździł ludziom konie za darmo, żeby wyrobić sobie renomę, a jego partnerka pracowała normalnie "na etacie", żeby mieli z czego żyć i dokładać do interesu.

 Reasumując większość z nas, koniarzy to pod tym względem pojeby. Jesteśmy pojebami, że siedzimy w tym biznesie, mamy tego świadomość  i jesteśmy z tego dumni :D

Dzisiaj dla odmiany leje i wieje

wtorek, 14 listopada 2017

Zima coraz bliżej...

 Ostatnio w internecie wyświetla nam się multum artykułów na temat treningu koni w okresie jesienno - zimowym. Wczoraj akurat rozmawialiśmy ze znajomą na ten temat, że owszem, zima to najlepszy czas na kondycyjne przygotowanie konia do pierwszych wiosennych zawodów. Trochę się pośmialiśmy, że najlepiej mają ci, którzy mogą korzystać z krytej ujeżdżalni, ale w sumie nie mamy tak źle. Światło jest, ujeżdżalnia jest porządnie zdrenowana, więc nie ma problemów podczas deszczu, trzeba tylko znaleźć motywacje i zakładać ciepłe gacie.

Okres jesienno - zimowy to również droga przez mękę dla weterynarzy. Miejscowe kliniki udostępniły nawet takie małe apele i tabelki dotyczące poprawnego derkowania koni. Niestety ludzie mają tendencje do przegrzewania swoich rumaków pomimo tego, że większość swoje konie goli.
 My zaczęliśmy zakładać cienkie kocyki na noc gdy temperatura zaczęła spadać poniżej 5 stopni. Na dwór zakładamy cienkie derki przeciwdeszczowe tylko wtedy gdy mocno pada. Zaczepiła nas kilka dni temu jedna z pensjonariuszek z pytaniem czy będziemy Gringa i Beanie golić. No nie, nie będziemy. Potem stwierdziła, że chciałaby tak swojego puszczać bez derki, żeby mógł się potarzać, ale w zimie musi go golić, bo on się strasznie poci na treningach. Czy nasze też się tak pocą w tym futrze? No właśnie się nie pocą. Na krytej hali pewnie by się pociły. A to pewnie mają lepszą kondycję? Nie, mają dobrze uregulowany "termostat".

W ciągu ostatniego tygodnia i tak mało robiły. Beanie nabawiła się abscess'a czyli po polsku - podbiła się. Zakleszczył jej się kamyczek w kopycie i spędziła prawie tydzień w boksie z kompresami na kopycie. Swoją drogą jest to dosyć częsty przypadek tutaj w Anglii, a ma to związek z podłożem.  W każdym razie wczoraj Beanie mogła wrócić do pracy.

W dalszym ciągu prowadzę zajęcia z dzieciakami. Najstarsza, siedmioletnia "twardzielka" przychodzi na lekcje późnym popołudniem i jeździ przy sztucznym oświetleniu. Przez pierwsze dwa weekendy października było w okolicy dużo wieczornych ognisk/festynów wioskowych z puszczaniem fajerwerków. Nie mamy nic przeciwko jeżeli wiemy gdzie i kiedy strzelają. Dwa tygodnie temu podczas nauki siodłania, nie wiadomo z jakiej okazji zaczął "strzelać" jeden z sąsiadów. Kuc mi się zesrał ze trzy razy i musiałam podjąć decyzję, że dzisiaj nie jeździmy, a uczymy się pracować z ziemi w round-penie. Lekcja wyszła bardzo fajnie, nawet mama młodej uczestniczyła w zgłębianiu metody join -up i kilku zabaw Parelliego. Jak wychodziłyśmy z round-penu sąsiad postanowił znowu "strzelić" i to tak fest! Kuc mi się wyrwał i poszedł w długą. A ja za nim, w ciemność bez latarki. Na szczęście pobiegł na swój padok, na który go po prostu wpuściłam. Nikomu nic się nie stało poza moim skokiem adrenaliny i wielkim wkurwem, bo mogłam mieć w tym czasie dziecko w siodle i mogło się to skończyć różnie.
 Serio nie mam nic przeciwko fajerwerkom, nawet pomagaliśmy z Czarkiem przy ostatnim wioskowym festynie i było fajnie i bezpiecznie.
 Wystarczy tylko uprzedzić "będę strzelał tego i tego dnia, o tej i o tej godzinie". Proste.



O takie mamy teraz poranki

piątek, 27 października 2017

O mobbingu w stajniach słów kilka...

  Piękną dzisiaj pogodę mamy na południu Anglii, a my tak na przekór zdecydowaliśmy się podjąć temat dosyć trudny. Temat, który przez wiele lat był zamiatany pod dywan, a wypłynął dopiero niedawno za sprawą Lucy Katan z organizacji British Grooms Association, zrzeszającej osoby zawodowo zajmujące się obsługą koni i stajni. Mówimy tutaj o mobbingu, chociaż ja bardziej "lubię" proste, dosadne sformułowanie - znęcanie się psychiczne nad pracownikiem.

 Projekt nazywa się Grooms Mind Survey i jak na razie jest to seria ankiet badających skalę problemu, a także tworzenie odpowiedniej pomocy dla osób, które doświadczyły złego traktowania.
 Liczby jak na razie niepokoją gdyż około 80% groomów zaznaczyło, że przeżyli mobbing w swojej karierze zawodowej, a około 76% doznało trwałych psychicznych i fizycznych uszczerbków na zdrowiu. Niestety pewna liczba osób z powodu ciężkich przeżyć zrezygnowała z kariery w biznesie końskim. O tym wszyscy od lat wiedzieli, ale głośno się nie mówiło. Za to wiadomo było, na których yardach jest ciągła rotacja pracowników.

Wiadomo, że w dużych stajniach jest zapieprz, trzeba się uwijać z pracą, zwłaszcza jeśli są to yardy sportowe. Wiadomo, że czasem się krzyknie, bluzganie jest na porządku dziennym i ogólnie trzeba mieć grubą skórę i twardą dupę w tym biznesie. Tylko niektórzy zapominają, że dobry groom nie jest cyborgiem. Takimi typowymi "objawami" niezdrowej atmosfery pracy jest m.in. ciągła kontrola, podważanie umiejętności, groźby zwolnienia ("na twoje miejsce mam kilku chętnych" - to jest akurat bardzo zabawne, bo teraz ciężko o dobrego grooma), wyzwiska, obcinanie przerw, obcinanie wypłaty, niewypłacanie nadgodzin, napuszczanie na siebie członków zespołu i moje "ulubione" - silent treatment, czyli totalne ignorowanie pracownika, nieodzywanie się do niego, tworzenie ciężkiej atmosfery i sugerowanie, że cała sytuacja jest winą pracownika. To są takie klasyczne i najczęstsze przykłady.

 W jednej stajni przeżyłam coś niecoś z opisanych rzeczy i powiem wam, że najgorsza przy koniach jest praca w ciągłym napięciu. Można czuć "stresa" przy układaniu młodych koni, ale jest to raczej zastrzyk adrenaliny niż ciągły niepokój. Ja nie miałam jeszcze tak źle, ale dziewczyna z kadry juniorów, która przyszła na staż miała przekichane totalnie. Miała głównie jeździć i pomagać przy układaniu koni, a wylądowała jako popychadło, tania siła robocza, koszmarnie traktowana przez matkę szefa. Na koniec została zwyzywana, bo ośmieliła się odejść.
 Po niej przyszedł chłopak. Miał obsługiwać stajnię i uczyć się jeździć. Traktowany był jeszcze gorzej przez tą panią, ale postawił na wyjaśnienie tej sprawy z szefem. Szef umył ręce od problemu, a chłopak w pewnym momencie odszedł. Zrezygnował w ogóle z pracy przy koniach, chociaż ludzie ze światka jeździeckiego proponowali mu, żeby założył sprawę w Job Tribunal, czyli tutejszym sądzie pracy. Nie zdecydował się, był zmęczony i po prostu wyjechał.

Pracodawcy nie są bez winy, ale niestety pracownicy też potrafią być dla siebie nawzajem ciulami. W obecnej stajni mam teraz sielskie życie, głównie dlatego, że jestem tutaj od początku jej działalności, ale zaobserwowałam nieuczciwe "wyskoki" head grooma do właścicielki. Widziałam też i doświadczyłam na własnej skórze jak dwie inne osoby z naszego otoczenia, również pracujące przy koniach, dawały do zrozumienia, że praca groom'a jest uwłaczająca. Jedna z tych osób wręcz opowiadała wszystkim, że ona "gówna nie wybiera" tylko "trenuje konie". Strach pomyśleć jak traktowała innych pracowników stajni.

 Taki apel na koniec - nie bądźmy dla siebie ciulami....


wtorek, 26 września 2017

Praca przy koniach za granicą - mały poradnik

 W związku z licznymi pytaniami od znajomych już jakiś czas temu nosiliśmy się z zamiarem utworzenia tego typu artykułu/poradnika (poradnik to może za duże słowo). Dopiero teraz ułożyło się to wszystko w sensowną całość, gotową do opublikowania. Większość punktów dotyczy głównie realiów angielskich, ale myślę, że w wielu polskich stajniach rutyna pracy jest podobna.

 Możliwe, że wielu z was i tak już wie co i jak robić, jednak mimo wszystko zapraszamy do zapoznania się z naszym postem, może skorzystacie. Jesteśmy również otwarci na pytania i dyskusje.

1. Safety boots oraz ubranie na zmianę.

Zacznijmy od  być może trywialnego tematu jakim jest odzież. Jak już wspominaliśmy - bierzemy pod uwagę realia brytyjskie. Anglicy kują swoje konie na potęgę, nie do końca dlatego, że jest to konieczne, ale jest to podobno pewien trend, a że większość stajni jest wybetonowana to może się zdarzyć nadepnięcie. Polecamy więc zaopatrzyć się w buty ze wzmocnionym czubem. Noszą je tutaj również weterynarze i kowale. Przyznam szczerze, że podczas pracy w stajni powożeniowej ("ciężkie" konie!) olaliśmy temat i chodziliśmy głównie w traperach lub kaloszach. Jednak wiele stajni wręcz wymaga od swoich pracowników, żeby chodzili w tzw. bezpiecznych butach. Od siebie polecam również zaopatrzenie się w dobre kalosze.
 I tu przechodzimy do ubrania na zmianę. Jesteśmy w Anglii, czyli w kraju gdzie może lać dwa razy w tygodniu - raz przez dwa dni, a drugi raz przez pięć :P Zwłaszcza zimą pogoda nie rozpieszcza i jak zaczynałam swoją karierę to zdarzało mi się przemoknąć do majtek. Potem nauczyłam się trzymać w stajni dwie pary spodni, dodatkowe skarpetki, bluzę, PRZYNAJMNIEJ jedną dodatkową kurtkę (ja miałam w stajni trzy w czasie zimy), ortalionowe żeglarskie "gacie", a nawet dodatkową bieliznę. Raz przez trzy dni padało tak, że zakładałam kurtkę przeciwdeszczową, na to olejak, "gacie" żeglarskie, a spływająca z olejaka woda lała mi się do kaloszy.

2. Koński mocz

 Temat, moim zdaniem, niesłusznie pomijany. Pracując jeszcze w stajni w Polsce, latem opróżnialiśmy boksy codziennie, a stajnię otwieraliśmy na przestrzał, żeby zrobić przeciąg. Wtedy dwa razy doświadczyłam wątpliwej przyjemności bycia podtrutym oparami amoniaku. Objawy to zawroty głowy, nudności, łzawienie oczu, niesmak w ustach, katar i kaszel. Tutaj w Anglii Czarek "przeinhalował" się raz, ale z przytupem gdyż przez dobre trzy dni miał objawy podobne do grypy. Zdarza się to głównie przy obsłudze tzw. skipu (muck heap), czyli blaszanej przyczepy/kontenera z obornikiem. Można się łatwo "zinhalować" oparami podczas przerzucania zawartości. Jak się przed tym chronić? Nie próbować przerzucać dolnej warstwy obornika. Warto od początku układać tak, żeby zostawić sobie jak najwięcej miejsca bez konieczności późniejszego podgarniania.

3. Dobre rękawice robocze

Najlepiej kilka par. Czarek niespecjalnie korzystał, ale ja zużywałam parę parcianych w tydzień. Nie ma nic gorszego od bąbli na rękach od wideł albo igiełek z ostów pod paznokciami (brr!). Dodatkowo warto mieć też takie wzmacniane jeśli przyjdzie nam przycinać jeżyny. Tak, w Anglii jeżyny są wszędzie i tworzą ciężkie do przejścia chaszcze, często też otaczają pastwiska. Taki jeżynowy żywopłot działa lepiej od pastucha elektrycznego, ale ciężko go opanować, a przycinania gołymi rękami nie polecamy.

4. Toczek/kask

Według wytycznych BHS (British Horse Society) wszelkie prace typu jazdy, lonżowanie, oprowadzanki na kucach, prowadzenie jazd, wyprowadzanie/sprowadzanie koni powinny być wykonywane w kasku. Tak,  osoba ucząca w większości przypadków również powinna mieć na głowie kask - od tego już po części odeszli, ale dla odmiany kładą teraz nacisk na zakładanie rękawiczek jeździeckich. Jednak obowiązkowo trzeba mieć kask podczas treningów na ujeżdżalni i w terenie. Z trywialnego powodu - ubezpieczenie chroni cię tylko wtedy gdy spełniasz wszystkie zasady bezpieczeństwa. U mnie i Czarka różnie z tym kaskiem bywa, ale w teren zawsze zakładamy.
 Warto mieć własny gdyż sporo stajni ich nie udostępnia. Dlaczego? Również jest to kwestia ubezpieczenia.
A tak a propos ubezpieczenia....

5. Ubezpieczenie BHS

...no właśnie. Większość stajni zatrudnia na zasadzie self-employed czyli zatrudnia stajennego (grooma) na godziny, a to oznacza, że wystawiasz pracodawcy faktury i sam opłacasz sobie NIN (National Insurance Number). Teoretycznie w razie wypadku jesteś chroniony przez ubezpieczenie, którym jest objęty cały yard, ale w praktyce lepiej zabezpieczyć sobie cztery litery. Ubezpieczenie BHS kosztuje około 5 funtów miesięcznie i jest najczęściej wybieranym przez jeźdźców. Oczywiście na rynku są też inni ubezpieczyciele, więc każdy może wybrać coś dla siebie.

6. Samozatrudnienie (self - employment)

 I tutaj przechodzimy do "grubszego" wątku. Większość stajni zatrudnia właśnie na takiej zasadzie. Nie jest to nic strasznego, można na tym nieźle wyjść zwłaszcza wtedy, gdy praca w stajni jest naszym dodatkowym zajęciem, a normalnie pracujemy już gdzieś na kontrakcie. Pracodawca "kontraktowy" opłaca wtedy twój NIN, a rocznie rozliczasz się podając formularz P60 i podając kwoty z dodatkowych faktur. Prosta opcja.
 W momencie gdy praca w stajni jest naszym jedynym zajęciem przy samozatrudnieniu musimy mieć przynajmniej dwóch pracodawców. Minusem tego wszystkiego jest to, że "self - employed" jak na razie nie obowiązuje stawka minimalna (obecnie £7.50), czyli stajnia może ci zaoferować mniej na godzinę. Nie robią tego gdyż ciężko o dobrego pracownika, ale mogą odjąć coś niecoś jeśli oferują zakwaterowanie i/lub zakwaterowanie konia. Na południu Anglii średnia stawka dla grooma/jeźdźca to około 300 funtów/tydzień często z zakwaterowaniem. Warto znać swoje prawa.

Jeśli macie jakieś pytania, lub wątpliwości to piszcie na naszego fanpage'a lub na maila, a postaramy się pomóc :)






środa, 16 sierpnia 2017

New Romney Show & Standalone Farm Show

W końcu po dokładnym domyciu się i ochłonięciu jestem w stanie opowiedzieć Wam o naszym tygodniu pełnym wrażeń.
  Na początku sierpnia wyruszyłam z niezastąpionym teamem Olivants Equine Displays na serię pokazów. Pierwszy odbył się w New Romney w hrabstwie Kent, czyli nie tak daleko od nas. Był to charytatywny festyn, podczas którego zaprezentowaliśmy pokaz Doma Vaquera (jazda w stylu hiszpańskim z garrochą), long reining czyli pokaz pracy na długich wodzach oraz panowie Charlie i Pete przedstawili paso double w wersji jeździeckiej.
 Cały festyn odbywał się na dosyć małym terenie i najbardziej stresujące było przeciskanie się z końmi przez tłumy, pomimo tego, że ekipa techniczna odgradzała nas jak mogła. Grasshoper nieco się denerwował mając ludzi za sobą odgrodzonych od niego tylko siatką, a ja denerwowałam się, że go nie utrzymam, ale koniec końców wszystko poszło dobrze.

 Mieliśmy wystąpić dwa razy, ale tuż przed drugim wyjściem lunęło, więc organizatorzy stwierdzili, że nie ma co festynu przeciągać. W sumie wyszło nam to na dobre, bo mogliśmy wrócić do domu i przespać noc przed wyruszeniem na tygodniowe występy.

 Rano zebraliśmy się do kupy i pojechaliśmy do Standalone Farm w hrabstwie Herefordshire, oddalone o trzy godziny drogi od West Sussex. No może nieco mniej, ale koniowóz nie dał rady jechać szybciej.

 Na miejscu zostaliśmy "zakwaterowani" w szczerym polu obok wydzielonej areny i plastikowego toi-toia (w gruncie rzeczy plastikowy kibel okazał się czystszy od tego w knajpie na farmie). Było kilka zgrzytów, gdyż mieliśmy mieć zapewnioną wodę, siano i słomę, ale dali nam tylko kanistry na wodę, a manager farmy myślał, że przywieziemy siano i słomę ze sobą (tak! tygodniowy zapas dla czterech koni!). Wszystko poszło dobrze, bo siano i słomę nam dowieźli, a także zostawili przyczepkę na gnój. Wodę chłopaki musieli dwa razy dziennie przywozić w kanistrach taczkami, albo samochodem, kran był oddalony o jakieś 300 metrów. Ogiery miały wydzielone dwa "boksy", a Storm i Grasshoper dostały dwa padoki z bogatą trawą. Berry i VooDoo wychodziły na zmianę na trzeci, duży padok. Berry spędzał tam noc, a VooDoo kilka godzin w ciągu dnia.



Grasshoper & Storm

Berry na pierwszym planie

Wjazd na farmę

Caspian dzielnie wyznacza padoki

VooDoo sam sobie wydzielił siano

Pokazy mieliśmy dwa razy dziennie - o 11.30 i 13.30, więc po 14-tej byliśmy już wolni i zajmowaliśmy się zwiedzaniem farmy, "nic nie robieniem", albo debatowaniem co zjemy i gdzie i kiedy damy radę wziąć prysznic (prysznic znaleźliśmy w miasteczku na miejscowym basenie). W między czasie pogoda nas nie rozpieszczała. Przeżyliśmy całodniowe (i całonocne!) oberwanie chmury, podczas którego podmyło mi namiot i spędziłam uroczą godzinkę na wycieraniu wody ręcznikami oraz suszeniu koca. Przez trzy dni wiało też okrutnie przez co altana nam prawie odleciała, a w nocy odczepiły mi się linki od śledzi w namiocie (nie odleciałam, bo namiot był obciążony moimi gratami od środka).


Tak oto panowie zabezpieczyli mój namiot na noc.


Opowiem wam w skrócie o pokazie. Wszystkie "nasze" konie należą do rasy PRE co oznacza "pura rasa espaniola", czyli czysta krew hiszpańska. Jest to jedna z najstarszych znanych ras, coraz popularniejsza w Anglii, głównie z powodu jej wszechstronności. Konie tej rasy są silne, niewysokie, o łagodnym usposobieniu, ale dosyć późno dojrzewające czym przypominają mi nasze "Małopolaki". Po dobrym treningu można otrzymać wierzchowca, który pójdzie z jeźdźcem w ogień. Po krótkim wprowadzeniu pierwszy wjeżdżał Pete na Berrym pokazując kilka manewrów dresażowych, następnie Natasha podawała mu Garrochę, to jest długą lancę. Przyrząd ten służył vaquero (hiszpańskim/argentyńskim kowbojom) do oddzielania konkretnej sztuki bydła od stada, tudzież do ochrony siebie i konia przed bykami. W obecnych czasach jazda z  garrochą urosła do rangi sztuki i jest pokazywana jako swoisty taniec. Pete opierał ostrzejszy koniec o ziemię, drugi koniec o swoje ramię i wykonywał manewry naokoło. Jest on jednym z nielicznych jeźdźców w Anglii potrafiących posługiwać się garrochą, więc było na co popatrzeć.






Po występie Iberico przechwytywałam go od Pete'a i podawałam przygotowanego Grasshopera. Prawdziwe imię tego siwka to Saltamontes co w tłumaczeniu oznacza nic innego jak...konik polny.
Tutaj Pete pokazywał pracę z ziemi na długich wodzach. Grasshoper wykonywał chody boczne, "spanish walk" oraz piaff. Ten sposób treningu jest bardzo popularny podczas przygotowywania koni do dresażu oraz jazdy w stylu hiszpańskim.





Na końcu panowie, Charlie i Pete wykonali pokaz jazdy synchronicznej w rytm paso double, na swoich ogierach - Iberico i VooDoo. Tu zaczynała się też moja mała rola - asekurowałam Charliego i Voodoo podczas pokazu z ziemi i przy powtórnym wsiadaniu. Ogier VooDoo - 7-letni pół fryz, pół PRE, dopiero debiutował, ale radził sobie świetnie. Moje zadanie nie należało do prostych gdyż w pewnym momencie musiałam utrzymać i konia, i ciężar Charliego na moim lichym lewym barku, a jednocześnie miałam wyglądać ładnie, oraz pięknie się ukłonić pod koniec. Muszę jednak przyznać, że z radością robiłam wszystko byleby tylko mieć swoją rolę na arenie, przed publiką. Daje to niesamowitego kopa i poczucie spełnienia.


Cudowne zdjęcia zrobił nam Glen Silman Photography Student . Całym sercem polecam tego skromnego faceta i na pewno będę obserwować jego dalszy rozwój. Więcej można obejrzeć na jego fan pejdżu.
 Był to ostatni pokaz w tym sezonie, następne prawdopodobnie będą stacjonarne, "u nas" w stajni, a te wyjazdowe nie będą aż tak daleko. Przeżyliśmy, bawiliśmy się świetnie...tzn, przynajmniej ja miałam frajdę i odpoczęłam psychicznie, nauczyłam się sporo i czekam na więcej!

czwartek, 29 czerwca 2017

Już na nowym miejscu

 Mieliśmy długą przerwę od bloga, ale w sumie dopiero teraz jestem na tyle przytomna, żeby cokolwiek napisać. Praktycznie przez całą wiosnę byliśmy tak zajęci, że w sumie to nie dokońca pamiętam co się działo.

 Przede wszystkim tydzień temu przeprowadziliśmy się bliżej stajni, dosłownie przez płot. Wcześniej też nie było daleko, ale teraz jest to jakieś 200 metrów od domu, oszczędzamy dzięki temu masę czasu, zwłaszcza ja nie muszę już popylać na rowerze. Ja chodzę sobie na piechotę przez płot, ale Czarek jak ma lenia to wsiada na mój rower...a potem marudzi, że rower za mały :D.

 Sama przeprowadzka to była w sumie droga przez mękę, bo akurat trafiliśmy na 2 tygodnie niezłych upałów. Super pogoda na leżenie plackiem, albo wieczorną pracę w ogrodzie, ale niekoniecznie fajna pora na przeprowadzkę i drobne prace remontowe. Jeździć też musieliśmy wcześnie rano, bo praktycznie do wieczora było upalnie. Jeszcze tylko czekamy aż hydraulik podłączy nam pralkę i zamontuje kran na ogrodzie. No i musimy posprzątać bajzel, który zrobiliśmy wokół domu...w sumie w samym domu też :D

 Nasza Beanie zaczęła już galopować pod jeźdźcem na dużej ujeżdżalni i w końcu doświadczyliśmy tego długo wyczekiwanego momentu gdy możemy jeździć obydwoje jednocześnie. Mała świetnie daje sobie radę i prawdopodobnie na jesieni spróbujemy wypuścić się z nią na zawody. Jak na razie w dalszym ciągu chodzi na halterze, więc na zawodach pójdzie na bosalu.
 Gringo dla odmiany jest w sumie nudny gdyż większość manewrów na treningach wykonuje w gruncie rzeczy poprawnie. Musimy tylko zacząć znowu pracować nad lotną i galopem przez drągi.


Zbuntowałam się. Stwierdziłam, że nie będę się kisić w długich spodniach

Zmęczeni po treningu

W stajni pojawiło mi się trochę nowych dzieciaków na jazdy i prawdopodobnie będziemy potrzebować drugiego kuca. Na razie ustawiamy jazdy tak, żeby nie przemęczać Carlito i żeby miał wystarczającą ilość dni wolnych od pracy, ale jak na razie kuc ma sporo energii i chętnie idzie na zajęcia, a dzieci go kochają. W dalszym ciągu uwielbiam pracę z dzieciakami i ludzi w dalszym ciągu to dziwi. A ja w dalszym ciągu nie rozumiem co w tym dziwnego gdyż ucząc dzieci być może tworzysz późniejszych zawodników, trenerów, koniarzy...

Ostatni temat na dziś, ale tylko dlatego, że wszyscy o to pytają - Brexit...ale tutaj rzucę tylko krótkim komentarzem. Nigdy nie doświadczyliśmy w stosunku do nas zachowań rasistowskich, ksenofobicznych czy innych takich. Nie mamy czasu na przejmowanie się rzeczami, o których trąbią w mediach (notabene proponuję czytać również anglojęzyczne artykuły, a nie tylko Onet, czy WP) . Płacimy podatki, jesteśmy zatrudnieni, ciężko pracujemy, nie bierzemy benefitów i mamy generalnie głęboko w dupie tą całą unijno - brytyjską wojenkę. Poza tym jesteśmy tutaj już ponad 5 lat, dobrze nam, nie odczuliśmy zmian. Tyle.


wtorek, 14 marca 2017

Już prawie wiosna

 Dzisiaj w końcu udało mi się przedrzeć przez papierkologię i wysłać paszport Beanie do AQH UK razem z resztą makulatury. Tu podpis, tam kopia certyfikatu, tu wypełnij, bla, bla, bla i ZAPŁAĆ, najlepiej miliony monet.
 Zresztą cały zeszły tydzień przekopywałyśmy się z Natashą przez procedury British Horse Society, coby wszystko dotyczące nauki jazdy było akuratne i zgodne z wytycznymi. Na każde byle pierdnięcie jest odpowiedni formularz, do tego po każdej jeździe muszę "zdać pisemny raport". To nie koniec, bo czekam jeszcze na podręczniki, z których mam się przygotowywać do wyrabiania uprawnień. Mózg ugotowany.
 Dodatkowo czeka nas tworzenie kilku symulacji przykładowej lekcji. Biedna Jamie będzie pewnie naszą "ofiarą". No ale taki los praktykantów.

Druga lekcja z trzylatką poszła lepiej niż zakładałam, gdyż dziewczynka zdołała skupić się  nieco dłużej niż za pierwszym razem (czyli na jakieś 5-7 minut). Ogólnie uważam te zajęcia za udane, zdołałam wykonać wszystkie zaplanowane ćwiczenia, a i maluch był zdecydowanie bardziej otwarty. Na pytanie "jakiego koloru jest grzywa Carlito?" odpowiedziała - "Błotnego". Uwielbiam dzieci.

 Z okazji nadejścia wiosny wzięliśmy się za regularne treningi, chociaż Czarek trochę marudzi, że jak po dwóch dniach deszczu nadchodzi słoneczny dzień, to znaczy, że jest to poniedziałek. Moim zdaniem i tak mieliśmy szczęście tej zimy, bo wcale aż tak nie lało.

Gringo w sobotę strzelił mi focha - giganta. Przyznam szczerze, że mnie zaskoczył, bo dawno takich "akcji" nie było. Poszliśmy na ujeżdżalnie gdzie Natasha akurat prowadziła jazdę na Stormie. Pierwszy foch przyszedł gdy Gringo zorientował się, że Czarek poszedł z Beanie do round-pennu zamiast, jak zazwyczaj, przyjść na ujeżdżalnię. Gruby zaczął się drzeć jakby go ze skóry obdzierali, aż się w końcu rozkaszlał i zapluł, ale polecenia wykonywał. Za to foch - gigant przyszedł gdy Tash zabrała Storma z ujeżdżalni... Gringo zaczął się boczyć, uciekać od łydki, próbował mi wyrwać do przodu, aż w końcu zaczął strzelać z zadu. Ogólnie zachowywał się jak porąbany, co jest o tyle ciekawe, że ze Stormem w sumie nie miał wiele do czynienia. Wkurzyłam się. Ogarnęłam go z siodła, potem zsiadłam, przegoniłam go z ziemi, wsiadłam z powrotem. W między czasie Czarek przyszedł z Beanie. Wygoniłam ich za winkiel, żeby Gruby ich nie widział i wzięłam go na ugięcia. Gięcie, gięcie, wolta, gięcie i tak dopóki nie zrozumiał. Uspokoił się dopiero jak dodatkowo przeszedł się kawałek "na wstecznym".  Przez resztę treningu był jak anioł. Wczoraj też pracowało się nam bardzo dobrze.

 A Beanie jest ostatnio "nudna", bo nic spektakularnego nie odwala. Chodzi grzecznie po drągach, galopuje grzecznie na lonży. Bez lonży też się bardzo słucha. Robiłam z nią kilka ćwiczeń do showmanship i całkiem nieźle to zaczyna wyglądać. Czarek już szykuje powrót do siodła i zaczniemy regularniejsze jazdy.